"W razie zawiadomienia wojskowego komendanta uzupełnień, stosownie do art.
50
ust. 2 ustawy, o skreśleniu poborowego z listy studentów (uczniów), o
wydaleniu go ze szkoły (zakładu) oraz o ukończeniu przez niego studiów
(nauki), odroczenie udzielone poborowemu traci moc z dniem skreślenia,
wydalenia lub ukończenia studiów (nauki)."


a co jesli przysylaja nie odbierane wezwania przez np pol roku, a w tzw
miedzyczasie byly student ponownie sie reaktywuje na uczelni i staje sie
dalej studentem dziennym?

czy to cos  obchodzi WKU, ze nadal sie studiuje?

 kto placi czynsz za mieszkanie w ktorym mieszkam kiedy ide do wojska , a
sam sie wczesniej utrzymywalem i prowadzielm jednoosobowe gospodarstwo
domowe?

czy MON ma obowiazek zwrotu takich kosztów? czy nie obchodzi ich, ze przez
12 miesiecy nie zarabiam i na mam z czego placic 300zl czynszu miesiecznie?

jak wygladaja sprawy zwazane z kredytami, ktore mam zaciagniete?
czy bank moze mnie scigac, ze ich nie spalcam chociaz w tym czasie akurat
słuze Ojczyznie i nie mam na to zadnych srodkow?

czy wypelnianie powszechnego obow sluzby wojskowej zwalnia mnie z
wykonywania postanowien zawartch wczesniej umow cywilnoprawnych np odplatna
umowa uzyczenia zawarta na czas okreslony?

pozdrawiam

 carlosky
 *****************************
  SkyDive is my favourite waste of time
    www.aeroklub-szczecinski.pl


· 

Do LIZDET:

Od kwietnia 2008r. pracuję na pół etatu. Z kolegami wynajmuję mieszkanie w Bydgoszczy i posiadam UMOWĘ UŻYCZENIA lokalu. Czy w takim bądź razie mogę się starać o stypendium w październiku jako dokumenty podając tylko mój uzyskany dochód z US + umowa użyczenia!?

Defacto na stałe jestem zameldowany w mojej rodzimej miejscowości Xyz czyli gospodarstwo domowe (tak jak jest w systemie stypendialnym) to rodzice + ja + uczący się jeszcze brat w podstawówce. Co o tym sądzisz?! Z góry dziękuję za sugestie. Pozdrawiam.

Tańsze mieszkanie

Wystarczy niski dochód i mały metraż. Kogo nie stać na regularne opłacanie czynszu, może dostać pieniądze od gminy. Nie musi być nawet właścicielem mieszkania

Dodatek mieszkaniowy przyznawany jest także najemcom, członkom spółdzielni mieszkaniowych, a także osobom, które korzystają z cudzego mieszkania na podstawie umowy użyczenia.
Muszą tylko spełniać trzy warunki:
1. Dochód – średni miesięczny na osobę w rodzinie z trzech ostatnich miesięcy:
1.045,56 zł brutto w gospodarstwie jednoosobowym, 746,83 zł brutto w gospodarstwie wieloosobowym.
2. Metraż – liczy się powierzchnia użytkowa mieszkania. Trzeba zsumować powierzchnię wszystkich pokoi, kuchni, spiżarni, przedpokoi, alków, holi, korytarzy, łazienek oraz innych pomieszczeń służących naszym potrzebom. Wynik musi zmieścić się w określonych granicach (szczegóły w infografice).
3. Formalności – trzeba złożyć wniosek w swoim gminnym lub miejskim ośrodku pomocy społecznej i dołączyć deklarację o dochodach oraz powierzchni użytkowej mieszkania. Decyzja powinna zostać wydana w ciągu 30 dni. Dodatek można dostawać nie dłużej niż 6 miesięcy. Pieniądze na pokrycie czynszu, opłat za energię, wodę lub odbiór nieczystości będą wpływać bezpośrednio na konto administracji domu.

Katarzyna Zimna - Słowo Polskie Gazeta Wrocławska


Moje pytanie dotyczy Ustawy o dodatkach mieszkaniowych - w art. 2 , pkt. 4 jest napisane, że dodatek przysługuje: "innym osobom mającym tytuł prawny do zajmowanego lokalu mieszkalnego i ponoszącym wydatki związane z jego zajmowaniem"(również na wniosku jest takie określenie, jednak nigdzie nie jest wyjaśnione o jaki tytuł prawny chodzi). Chciałabym się dowiedzieć co to takiego "inny tytuł prawny" i jaki przepis o tym mówi? Czy umowa użyczenia pomiędzy członkiem spółdzielni posiadającym spółdzielcze właśnościowe prawo do lokalu, a członkiem rodziny (matka) jest takim tytułem prawnym i czy na tej podstawie można starać się o dodatek mieszkaniowy. Osoba zajmująca lokal na podstawie umowy użyczenia, sama prowadzi gospodarstwo domowe i sama ponosi koszty związane z utrzymaniem lokalu.

· 

PROSZĘ O WYJAŚNIENIE ZAISTNIAŁEJ SYTUACJI BO RĘCE MI JUŻ OPADAJĄ KIEDY CHODZĘ DO URZĘDU SKARBOWEGO I TRAFIAM ZA KAŻDYM RAZEM NA INNEGO URZĘDNIKA Z INNA WERSJĄ ODPOWIEDZI
OBOJE Z ŻONĄ MAMY ROZDZIELNOŚĆ MAJĄTKOWĄ ,ONA PRACUJE ,JA PROWADZĘ FIRMĘ KUPILIŚMY PO POŁOWIE LOKAL UŻYTKOWY , W KTÓRYM JA PROWADZĘ DZIAŁALNOŚĆ ,
PYTANIE ? CZY ŻEBY WSZYSTKO BYŁO W POŻĄDKU WOBEC FISKUSA , ŻONA POWINNA BRAĆ ODE MNIE PIENIĄDZE I WPISYWAĆ JE W DOCHÓD Z NAJMU , SKŁADAĆ PITY ITD , CZY WYSTARCZY ŻE MI UŻYCZY SWOJĄ POŁOWĘ PONIEWAŻ MAMY WSPÓLNE GOSPODARSTWO DOMOWE ,
CZY TAK MOŻNA ?
JEST TEŻ TAKA WERSJA ŻE MAŁŻONKOWIE NAWET Z INTERCYZĄ NIE MOGĄ ZAWIERAĆ ŻADNYCH UMÓW MIĘDZY SOBĄ ?
SAM JUŻ NIE WIEM KUPUJĄC TEN LOKAL NAROBIŁEM SOBIE CHYBA WIĘCEJ KŁOPOTU NIŻ TO WARTE !!!
PROSZĘ PAŃSTWA O POMOC - Z GÓRY DZIĘKUJĘ

Witam, Prowadzę z mamą działalność gospodarczą w lokalu, który jest współnoscią majątkową rodziców. Ojciec zostawił nas 5 lat temu, wtedy to on prowadził z mamą w tym lokalu działlność gospodarczą. Od tego czasu nie utrzymywał z nami kontaktów. Wrócił teraz i wprowadził sprawę do sądu gospodarczego, że przeze mnie nie może prowadzic działalności gospodarczej w tym lokalu. W pozwie napisał, że mam opuscic lokal. Z mamą mam podpisaną umowę uzyczenia. Mama pomaga mi w prowadzeniu działalności. Ten sklep to jedyne żródło naszego utrzymania. łożymy z niego na utrzymanie gospodarstwa domowego. Czy sąd może nas pozbawic tych srodków i nakazac opuszczenie lokalu?Pomóżcie!

Obowiązku zatrudniania instruktorra z uprawnieniami istotnie nie ma. Tyle tylko, że jak ktoś nie ma uprawnień to nie jest "instruktorem" a "osobą prowadzącą jazdy". Kwit instruktorski jest potrzebny do zawarcia umowy ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, co oznacza, że jest niezmiernie ważny. Posiadanie uprawnień nie gwarantuje umiejętności nauczania jazdy konnej, tak jak prawo jazdy nie gwarantuje umiejętności bezpiecznej jazdy samochodem. Oba dokumenty są potrzebne głównie w razie nieszczęścia. Jednak zatrudnianie do prowadzenia jazd osoby bez uprawnień to poważna lekkomyślność, wręcz głupota. Nagminnie spotykana. Niestety czasami u mnie też. Zdarzało się, że z przyczyn losowych zabrakło instruktora i wtedy brałem kogoś kto się zna na tych "klockach". Ale nie był to ktoś, kto jeździć uczył się w poprzednim roku.
Patrząc od strony ubezpieczeniowej, uprawnienia instruktorskie nie są potrzebne osobie prowadzącej naukę jazby konnej jeśli prowadzi ona gospodarstwo agroturystyczne (zarejestrowane) , lub jest bliskim członkiem rodziny prowadzącego gospodarstwo, a jazdy prowadzone są na koniach stanowiących składnik majątku tegoż gospodarstwa. Składnik trwały lub czasowy - czyli po polsku: na koniach własnych, dzierżawionych lub użyczonych, jeśli tylko w okresie użytkowania rekreacyjnego konie stacjonują w gospodarstwie. To oznacza, że u mnie jazdy może prowadzić mój 9-cio letni syn
I żeby było jeszcze zabawniej - osoba posiadająca uprawnienia trenerskie może uczyć jazdy konnej lub prowadzić tereny tylko z osobami zrzeszonymi w klubach jeździeckich, z którymi trener ma podpisany kontrakt.
Reasumując: jako prowadzącego teren mogę wysłać swojego 9-cio letniego syna, ale nie mogę wysłać trenera najwyższej klasy.
Fajne mamy prawo, nieprawdaż?!

Liczba rodzin pobierają-

cych dodatek mieszkaniowy wzrasta z roku na rok. Dla wielu osób jest to jedyna szansa na uniknięcie utraty mieszkania lub jego zadłużenia w związku z nieuregulowanymi płatnościami. Dodatek mieszkaniowy umożliwia regularne płacenie czynszu i zasila budżet domowy niejednej z rodzin.

Dla kogo dodatek

Według ustawy o dodatkach mieszkaniowych z 21 czerwca 2001 roku osobami uprawnionymi do otrzymania dodatku są osoby mające tytuł prawny do zajmowanego lokalu i ponoszącym wydatki na jego utrzymanie, m.in. najemcom i podnajemcom lokali mieszkalnych, członkom spółdzielni mieszkaniowych i osobom posiadającym umowę najmu ze spółdzielnią, osobom mieszkającym w budynkach stanowiących ich własność (np. dom jednorodzinny do 70 m kw.), osobom mającym tytuł prawny do zajmowanego lokalu mieszkalnego (np. na skutek umowy użyczenia). – Decyzję administracyjną o przyznaniu dodatku mieszkaniowego przyznaje się na okres sześciu miesięcy od daty złożenia wniosku. Zdarza się, że pracownicy socjalni przeprowadzają dodatkowy wywiad środowiskowy u rodziny ubiegającej się o otrzymanie dodatku

Warunki to: dochód i powierzchnia użytkowa

Wysokość dodatku mieszkaniowego zależy od wysokości wydatków ponoszonych na utrzymanie lokalu mieszkalnego związanych z normatywną powierzchnią użytkową oraz od dochodów i liczby osób w gospodarstwie domowym. Według ogólnych wyliczeń dochód brutto w gospodarstwie wieloosobowym nie powinien przekraczać: 746,82 zł, a w gospodarstwie jednoosobowym: 1045,55 zł. Natomiast użytkowa powierzchnia normatywna i zwiększona o 30 %, to: dla 1 osoby: 35 m kw i 45,5 m kw, dla 2 osób: 40 m kw. i 52 m kw, dla 3 osób: 45 m kw. i 58,5 m kw., dla 4 osób: 55 m kw. i 71,5 m kw, itd. Szczegółowe kryteria tego podziału określa celowa ustawa – Dz.U. nr 71, poz.734 z późn. zm. oraz rozporządzenie Rady Ministrów z 28 grudnia 2001 r.

Potrzebne są też zaświadczenia

Od osób składających wnioski o otrzymanie dodatku mieszkaniowego wymagane są również dodatkowe informacje, jak np. potwierdzenie od zarządcy lokalu mieszkalnego i dołączenie wydruku o składnikach czynszowych. – Potrzebny też będzie np. wykaz dochodu brutto pomniejszony o koszt uzyskania przychodu i składki ZUS – chorobowe, emerytalne i rentowe za trzy ostatnie miesiące poprzedzające datę złożenia wniosku, zaświadczenie o pobieraniu zasiłku rodzinnego, dodatku do zasiłku rodzinnego, alimentów czy dodatku pielęgnacyjnego

info Nowe Podkarpacie

jesli są na osobnym gospodarstwie, a spisana jest umowa-uzyczenia, to owszem.

OGŁOSZENIE O ZAMÓWIENIU

1. NAZWA I ADRES ZAMAWIAJĄCEGO
Jednostka Wojskowa Nr 2523
ul. Składowa 39; 08-110 Siedlce
www.1br.mil.pl
Osoba upoważniona do kontaktów: Adam Szymański, tel (25) 6437000 w. 351485, e-mail: zampubl@1br.mil.pl

2. PRZEDMIOT ORAZ WIELKOŚĆ LUB ZAKRES ZAMÓWIENIA
Zadanie 1: Dostawa środków do utrzymania czystości i higieny osobistej wyszczególnionych w formularzu cenowym - dostawa realizowana w 2 częściach. Cześć pierwsza bezpośrednio po podpisaniu umowy, część druga na przełomie sierpnia i września, jednak nie później niż do końca września 2007. Towar podzielony i przygotowany do odbioru w dwóch różnych magazynach na terenie jednostki zgodnie z podziałem wynikającym z formularzy cenowych. CPV: 24521500-7, 24511310-5, 24511320-8, 24511400-3, 24513100-4, 24513000-3,
Zadanie 2: Dostawa artykułów gospodarstwa domowego do utrzymania czystości wyszczególnionych w formularzu cenowym - dostawa realizowana w 2 częściach jak w Zadaniu 1.CPV 24511340-4, 21221000-8, 25221000-6, 25222000-3, 25243200-8, 25243300-9, 25161100-8,
Zadanie 3: Dostawa specjalistycznych środków do czyszczenia i dezynfekcji wyszczególnionych w formularzu cenowym - dostawa realizowana w 2 częściach jak w Zadaniu 1 CPV - 24513000-3

Dodatkowo w ramach umowy do Zadania 2 Wykonawca zobowiązany będzie do:
Bezpłatnego zainstalowania i użyczenie na okres trwania umowy urządzeń dozujących do zmywarek.
Opieki serwisowej nad ww. sprzętem w ciągu 48 h od zgłoszenia usterki.
Doradztwa w zakresie systemów higieny i ich wdrażania, przeprowadzenie minimum dwóch jednodniowych szkoleń z pracownikami kuchni i służb w zakresie:
- higiena w placówce gastronomicznej,
- plany higieny zgodne z HACCP, technologie i zasady używania środków chemicznych,
- bezpieczeństwo pracy przy używaniu środków chemicznych,
- zasady obsługi urządzeń myjących
Pomocy i doradztwa w zakresie Dobrej Praktyki Higieny i planów higieny, doradztwa w zakresie wdrażania HACCP w placówce gastronomicznej.
Dostarczenia nieodpłatnie planów higieny, instrukcji mycia i dezynfekcji urządzeń i poszczególnych pomieszczeń kuchennych zamawiającego w formie do powieszenia na ściany kuchni oraz do wpięcia do dokumentacji HACCP w terminie 1 miesiąca po pierwszej dostawie

3. TRYB ZAMÓWIENIA
Przetarg nieograniczony o wartości szacunkowej poniżej 60.000 euro

4. INFORMACJE O MOŻLIWOŚCI ZŁOŻENIA OFERT WARIANTOWYCH I CZEŚCIOWYCH
Zamawiający nie dopuszcza się składania ofert wariantowych
Zamawiający dopuszcza możliwość składania ofert częściowych

5. TERMIN WYKONANIA ZAMÓWIENIA
Pożądany termin wykonania do końca września 2007 w dwóch etapach

6. INFORMACJE NA TEMAT WADIUM
Zamawiający nie wymaga wnoszenia wadium.

7. OPIS WARUNKÓW UDZIAŁU W POSTĘPOWANIU ORAZ OPIS SPOSOBU DOKONYWANIA OCENY SPEŁNIANIA TYCH WARUNKÓW
W postępowaniu mogą brać udział wykonawcy, którzy spełniają warunki określone w art.22 ust.1 Prawa zamówień publicznych tj.:
1) posiadają uprawnienia do wykonywania określonej działalności lub czynności, jeżeli ustawy nakładają obowiązek posiadania takich uprawnień;
2) posiadają niezbędną wiedzę i doświadczenie oraz dysponują potencjałem technicznym i osobami zdolnymi do wykonania zamówienia;
3) znajdują się w sytuacji ekonomicznej i finansowej zapewniającej wykonanie zamówienia;
4) nie podlegają wykluczeniu z postępowania o udzielenie zamówienia (art. 24 ust. 1 i 2 ustawy pzp)
W celu potwierdzenia spełnienia powyższych warunków Wykonawca załączy do oferty dokumenty określone w Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia.
Ocena spełnienia warunków zostanie dokonana zgodnie z formułą "spełnia - nie spełnia" w oparciu o dokumenty wymagane od Wykonawców.

8. KRYTERIA OCENY OFERT I ICH ZNACZENIE;
cena brutto pojedynczego zadania - 100%

9. INFORMACJE O PRZEWIDYWANYM WYBORZE NAJKORZYSTNIEJSZEJ OFERTY Z ZASTOSOWANIEM LICYTACJI ELEKTRONICZNEJ
Zamawiający nie przewiduje wyboru najkorzystniejszej oferty z zastosowaniem licytacji elektronicznej.

10. INFORMACJE DOTYCZĄCE SPECYFIKACJI ISTOTNYCH WARUNKÓW ZAMÓWIENIA
Adres strony internetowej na której dostępna jest SIWZ: http://www.1br.mil.pl/ind...=60_070313czyst
Dodatkowo SIWZ można uzyskać osobiście w siedzibie zamawiającego u osoby upoważnionej do kontaktów lub pocztą po wcześniejszym przedłożeniu wniosku o przesłanie specyfikacji.
Specyfikacja jest bezpłatna

11. MIEJSCE I TERMIN SKŁADANIA OFERT;
Ofertę należy złożyć w Kancelarii Jawnej w siedzibie Zamawiającego do dnia 22.03.2007r. do godz. 10.00.

12. TERMIN ZWIĄZANIA OFERTĄ.
30 dni od ostatecznego terminu składania ofert

13. INFORMACJE O ZAMIARZE ZAWARCIA UMOWY RAMOWEJ;
Zamawiający nie zamierza zawrzeć umowy ramowej.

14. INFORMACJE O ZAMIARZE USTANOWIENIA DYNAMICZNEGO SYSTEMU ZAKUPÓW
Zamawiający nie zamierza ustanawiać dynamicznego systemu zakupów.

LIST OTWARTY WOJCIECHA SUMLIŃSKIEGO

Zdarzają się sytuacje, które diametralnie odmieniają los człowieka, po których nic nie jest – i nigdy już nie będzie – takie same, jak wcześniej. Zdarzają się takie dni, które dzielą życie na „do” i „po”, które powodują, że człowiek umiera - chociaż żyje. Dla mnie ten dzień, najbardziej tragiczny dzień mojego życia, nadszedł 13 maja br. Tego dnia o godzinie 6 rano w moim warszawskim mieszkaniu obudził mnie cichy dzwonek do drzwi. Dwie poprzednie noce spałem krótko, ponieważ spędziłem je na pisaniu końcowych sekwencji książki - o operacjach inwigilacyjnych służb specjalnych PRL - dla Wydawnictwa Fronda. Książkę tę pisałem od ponad roku i pracowałem nocami, by ją ukończyć, tak jak obiecałem Grzegorzowi Górnemu, redaktorowi naczelnemu Frondy, do końca maja. Mimo zmęczenia, wystarczył jeden dzwonek do drzwi, bym się obudził. Instynkt, przeczucie niebezpieczeństwa? Wyrwany z krótkiego snu podszedłem do drzwi i usłyszałem – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że od tego momentu jestem zatrzymany pod zarzutem przekazania Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI spółce Agora. Absurdalność zarzutu, absurdalność całej sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Metodyczne przeszukanie trwało do godziny 21 00. Centymetr po centymetrze. Szukano Aneksu, który rzekomo miałem przekazać spółce Agora. (Szukano tak zapamiętale, że w użyczonym nam przez teściów mieszkaniu w Białej Podlaskiej, gdzie wraz z trzema córkami przebywała moja żona, funkcjonariusze ABW poprosili żonę o sprzęt do spuszczenia wody z akwarium). Ponieważ nie miałem nic do ukrycia, współpracowałem z funkcjonariuszami ABW, jak potrafiłem, nawet na takich polach, na których współpracować nie musiałem. Pokazałem, gdzie przechowuję wszystkie dokumenty, udostępniłem hasło do swojej poczty mailowej, podałem numery PIN-ów do trzech telefonów komórkowych, jakich używałem, odpowiedziałem na wszystkie zadanie mi pytania.

Wierzyłem, że to nieporozumienie, które niebawem się wyjaśni. W wyniku kilkunastogodzinnego przeszukania wyniesiono mi z mieszkania kilka tysięcy stron rozmaitych dokumentów, kilkadziesiąt płyt DVD, dyskietek, kaset VHS oraz innych nośników elektronicznych, trzy komputery, wszystkie notatniki, itp. Wraz nimi przepadła znajdująca się na ukończeniu książka, nad którą pracowałem od ponad roku oraz materiały zbierane do kolejnej książki, którą miałem pisać dla Wydawnictwa Fronda – miała to być pierwsza publikacja książkowa o Wojskowych Służbach Informacyjnych.

Lustro weneckie

Pod koniec przeszukania, tuż przed przewiezieniem do policyjnej izby zatrzymań na warszawskim Mokotowie, pozwolono mi na krótkie spotkanie z Romanem Giertychem, który został moim obrońcą. Nie mam właściwych słów wdzięczności względem niego - za troskę, z jaką zajął się moją rodziną w tej najtragiczniejszej godzinie naszego życia. Wagę prostych ludzkich gestów może zrozumieć tylko ktoś, kto znalazł się w analogicznej do nas sytuacji- sytuacji której nie rozumie, która go przerasta i prowadzi na dno rozpaczy. Z jednej strony jej absurdalność wydawała się dawać podstawy do optymizmu, z drugiej jednak skala i zakres podjętych działań wskazywały, że ktoś, kto odpowiada za wdrożenie tego absurdu do realizacji, nie cofnie się przed dopowiedzeniem całego alfabetu - cokolwiek by to miało oznaczać - skoro powiedział „a”. Mimo wszystko miałem nadzieję… Pomimo dwóch nieprzespanych wcześniej nocy nie mogłem zasnąć nawet na chwilę.

Oszołomienie związane z szokującą sytuacją, w jakiej się znalazłem, obawa o rodzinę, setki pytań cisnących się do głowy. Na rozmyślaniach i analizie sytuacji minęła pierwsza noc w policyjnej izbie zatrzymań, w trakcie której czekałem na spotkanie z prokuratorem. Czekałem w nadziei, że ranek przyniesie odpowiedź na wszystkie pytania. Około godziny 10. przyszło po mnie czterech młodych funkcjonariuszy ABW. Byli sympatyczni, nawet współczujący. Przekonywali, że złożę wyjaśnienia i na pewno zostanę zwolniony, bo to „działania rutynowe”. Spotkanie z prokuratorami Michalskim i Jolantą Mamej nie potwierdziło ich słów. Na pytania o znajomość z Leszkiem Pietrzakiem i Piotrem Bączkiem, członkami Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz Aleksandrem L i Leszkiem Tobiaszem, pułkownikami WSI, odpowiadałem najdokładniej, jak potrafiłem. Opowiedziałem, jak na przełomie roku 2004/2005, przy okazji prowadzenia dziennikarskiego śledztwa w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, poznałem Leszka Pietrzaka, współpracownikiem prokuratora Andrzeja Witkowskiego zajmującego się tą najgłośniejszą, a zarazem najbardziej tajemniczą zbrodnią PRL. Opowiedziałem o swoich kontaktach z Piotrem Bączkiem, mało mi znanym kolegą dziennikarzem, z którym ostatni raz widziałem się około przełomu 2006 / 2007 roku. Opowiedziałem o spotkaniach z Aleksandrem L., z którym jednorazowy kontakt miałem w drugiej połowie lat 90 - przy okazji zdobywania informacji uwiarygodniających tekst redakcyjnych kolegów, Jacka Łęskiego i Rafała Kasprów, o wakacjach prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem, Władimirem Ałganowem – a następnie, po blisko siedmioletniej przerwie, za pośrednictwem kolegi dziennikarza z Gazety Polskiej nawiązałem z nim ponowny kontakt, traktując go, jako źródło informacji. Opowiedziałem wreszcie o Leszku Tobiaszu, z którym widziałem się dwa razy w życiu – jeden kontakt trwał kilka sekund i polegał na powiedzeniu sobie „dzień dobry”, drugi nastąpił pod koniec kwietnia 2008 roku na urodzinach właściciela gospodarstwa agroturystycznego pod Białą Podlaską, miasta, w którym mieszkam. Leszek Tobiasz podszedł wówczas do mnie i usiłował mi wmówić, że jest moim dobrym znajomym. Ponieważ nie potrafiłem sobie przypomnieć „dobrego znajomego”, zostawił mi do siebie telefon z informacją, żebym „koniecznie zadzwonił”, bo musimy porozmawiać o ważnych sprawach. Nie zadzwoniłem.

Po wyjaśnieniach nastąpiło okazanie. Postawiono mnie obok kilku innych osób, by z za weneckiego lustra pułkownik Tobiasz mógł mnie rozpoznać. Cała sytuacja - jak prawie wszystko w tej sprawie - wyglądała absurdalnie. Godzinę wcześniej, pytany przez prokuratorów o kontakty z Tobiaszem, wyjaśniłem, że pod koniec kwietnia, a więc dwa tygodnie przed moim zatrzymaniem, Tobiasz podszedł do mnie na urodzinach pod Białą Podlaską, co mogłoby potwierdzić wiele osób. Tymczasem dla prokuratorów fakt, że pułkownik mnie rozpoznał, wydawał się stanowić duży sukces

Po okazaniu pani prokurator oznajmiła mi, że „w tej sytuacji będzie wniosek o areszt”. Trudno mi opisać, co czułem po powrocie do policyjnej izby zatrzymań. Miałem już świadomość, że ludzie odpowiedzialni za realizację tej sprawy pójdą do samego końca, cokolwiek by to miało oznaczać. Myślałem o bliskich, zwłaszcza o żonie i córeczkach. Co zrobić, by nic nie czuć, by nie myśleć, bo każda myśl przynosi niemal fizyczny ból? Jeżeli jest dno rozpaczy, ja znalazłem się na tym dnie. Przypominałem sobie historie ludzi, którzy w nieodległej przeszłości cierpieli w niemieckich, a następnie ubeckich katowniach w latach 40 i 50. Myślałem o ludziach Solidarności, którzy podążyli ich drogą i za każdym razem uświadamiałem sobie, że moje cierpienie było tylko nic nie znaczącą miniaturką ich cierpienia. Nikt przecież mnie nie torturował, nie mordował. A jednak po tysiąckroć zazdrościłem im. Wiedzieli, że cierpią za wielką sprawę i wiedział to każdy Polak – że tam w katowniach znajdują się najlepsi synowie narodu. Ja nie byłem maltretowany fizycznie, a jednak po tysiąckroć wolałbym odczuwać fizyczny ból, niż to psychicznie cierpienie - nie uświadamiałem sobie dotąd, że może istnieć tak straszny rodzaj cierpienia. Jednym cięciem mnie i mojej rodzinie odebrano wszystko to, co było dla nas najcenniejsze – poczucie bezpieczeństwa, ludzki szacunek. Są ludzie, którzy zniosą wszystko. Ale większość ma swoją granicę wytrzymałości. Gdy myślałem o tym, co zrobiono mnie i mojej rodzinie, marzyłem tylko o tym, by nic nie czuć. Tak minęła kolejna noc bez snu. Nad ranem przyszli po mnie w dziewięciu. Ci nie byli już tak mili jak ich koledzy dzień wcześniej. „Rusz palcem w bucie bez zgody, a zobaczysz, jak ci p….”- oznajmił „na dzień dobry” jeden z ubranych w czarne uniformy i kominiarki funkcjonariuszy. Zapakowali mnie do Nissana Patrola. Czterech funkcjonariuszy ABW w samochodzie ze mną, pięciu w drugim, jadącym za nami. Po co tak wielkie środki bezpieczeństwa? Jak wytłumaczyć tę pokazówkę, jeśli nie kolejnym absurdem? Inwigilowano mnie od listopada 2007 roku, a zatem wiedziano, że nie istnieje żadna grupa, które miałaby mnie odbić, że moi koledzy, to ludzie prasy, telewizji, wydawcy, etc - nie gangsterskie komando. Posiedzenie w sądzie było krótkie.

Zapamiętałem płomienną mowę Romana Giertycha, który mówił, że tu i teraz decyduje się los mój i mojej rodziny, że jeżeli trafię do aresztu, a za kilka lat – bo tyle w polskich realiach trwają procesy - okaże się, że zarzuty były absurdalne, to uniewinniający wyrok sądu i tak będzie pozbawiony znaczenia, bo ja będę człowiekiem tyleż niewinnym, co skończonym. I jeszcze mowę prokuratora Michalskiego, który położył nacisk na fakt, że śledztwo jest rozwojowe, a w moim mieszkaniu znaleziono tysiące stron dokumentów, w tym setki opatrzonych klauzulą tajne, bądź ściśle tajne. Mimo całego oszołomienia zastanowiło mnie to.

Istotnie, jak zapewne większość dziennikarzy śledczych, miałem tajne dokumenty: około tysiąca stron tzw. Akt „Masy”, ponad tysiąc stron dokumentów ze śledztwa dotyczącego zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, kilkaset stron dokumentów od osób, które w latach 80. zostały pokrzywdzone przez funkcjonariuszy SB i uzyskały wgląd do swoich teczek, a następnie przekazały mi te teczki ujawniające agenturę SB na Lubelszczyźnie (zawartą w nich wiedzę wykorzystywałem w moim autorskim programie emitowanym w TVP Lublin pt. „Oblicza prawdy”), kilkaset stron dokumentów z różnych śledztw oraz około stu stron dotyczących handlu bronią WSI (Aneksu, którego szukano - nie miałem). Z tajnymi dokumentami obcowałem od lat, bo przecież m.in. na tym polega rola dziennikarza śledczego.

Umożliwiali mi to ludzie – prokuratorzy, policjanci, funkcjonariusze służb specjalnych, a bywało, że także politycy - którzy mi ufali i zawierzyli, że z nabytej wiedzy zrobię dobry użytek. Tak było, gdy w latach 1997/1998 w dzienniku „Życie” opublikowałem serie tekstów o zorganizowanej przestępczości nad wschodnią granicą państwa, za które otrzymałem nagrodę Ministra Spraw Wewnętrznych. Tak było w roku 1998, gdy wraz z Jackiem Łęskim i Rafałem Kasprówem ujawniliśmy materiały dotyczące rosyjskich szpiegów w Polsce, po której to publikacji kilkunastu rosyjskich dyplomatów zostało poproszonych o opuszczenie Polski. Tak było, gdy w roku 2003 w Tygodniku „Wprost” ujawniłem, jako pierwszy dziennikarz w Polsce, fragmenty ściśle tajnych zeznań Jarosława S. pseudonim „Masa”. W śledztwie przeciwko mafii pruszkowskiej uznano, że „Masa” jest wiarygodny, a jednak wykorzystano tylko część jego zeznań – dokładnie tę część, która dotyczyła gangsterów, a nie polityków. „Czy można być wiarygodnym do połowy, czy można być do połowy w ciąży?” – pytali mnie ludzie, dzięki którym stałem się posiadaczem tajnej wiedzy. Tak było w roku 2004, gdy wraz z Leszkiem Misiakiem ujawniliśmy tajne informacje i zdjęcia dotyczące kontaktów Jolanty Kwaśniewskiej, żony ówczesnego prezydenta RP, z Aleksandrem Żaglem i Kuną, organizatorami tzw. spotkania wiedeńskiego. Tak było, gdy w tym samym roku ujawniłem materiały o kontrakcie stulecia związanej z WSI firmy Megagaz, która otrzymała blisko miliard złotych na realizację tzw. III nitki rurociągu „Przyjaźń” (III nitka nie powstała, miliard zniknął). Tak było w roku 2005, gdy w wydawnictwie Rosner i Wspólnicy opublikowałem książkę „Kto naprawdę Go zabił?”, książkę przemilczaną, ujawniającą tajne dokumenty pokazujące, że prawie wszystko co dotąd powiedziano o zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce, najgłośniejszej, a zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jest kłamstwem. Tak było w roku 2006, gdy wraz z Jankiem Pińskim zdobyliśmy dla „Wprost” nieznane dotąd nikomu, poza niewielką grupą funkcjonariuszy ABW, zdjęcia dowodzące kontaktów Aleksandra Kwaśniewskiego z Markiem Dochnalem, którym to kontaktom Kwaśniewski zaprzeczał i po ujawnieniu których odmówił stanięcia przed sejmową speckomisją. Tak było wreszcie w styczniu roku 2007, gdy wraz z Grzegorzem Górnym wyemitowaliśmy w Telewizji Polskiej głośny trzyodcinkowy serial o patologiach Wojskowych Służb Informacyjnych. We wszystkich tych i w wielu innych przypadkach miałem dostęp do wiedzy zawartej w materiałach opatrzonych klauzulą „tajne” bądź „ściśle tajne”. Za każdym razem z wiedzy tej robiłem wyłącznie taki użytek, jaki powinien robić dziennikarz – w miarę swoich możliwości wiedzę tę weryfikowałem, a następnie ujawniałem. I nikt nigdy (nawet „osławiony” prokurator Kapusta, który w 2003 roku po ujawnieniu przeze mnie akt „Masy” na konferencji prasowej potwierdził, że dziennikarze mają prawo do ujawniania tajnych informacji) nie czynił mi z tego zarzutu. Przeciwnie – we wszystkich znanych mi wypowiedziach zarówno politycy, publicyści jak i prokuratorzy twierdzili zgodnie, że posiadający i ujawniający tajne informacje dziennikarz nie tylko nie popełnia przestępstwa (popełnia je ten, kto dziennikarzowi tajną wiedzę udostępnia), ale wręcz robi to, co do niego należy. Dlaczego zatem prokurator Michalski poszedł dalej niż ktokolwiek inny i informacji o znalezieniu u mnie tajnych dokumentów użył, jako argumentu dla zastosowania wobec mnie aresztu? O tym wszystkim myślałem, znajdując się w stanie całkowitego oszołomienia, stając przed obliczem sądu, który miał zadecydować o moim losie.

Po pięciu godzinach od posiedzenia sąd zdecydował, że pozostanę na wolności. Tych pięciu godzin oczekiwania, spędzonych na modlitwie, nie zapomnę nigdy. Trudno opisać, co wtedy czułem. Czy w ogóle można opisać uczucia człowieka, któremu dano drugie życie? Tak mi się przynajmniej wtenczas wydawało - że otrzymałem drugą szansę. Na zewnątrz zastałem jednak krajobraz zniszczenia. Najprzód przerażone, nic nie rozumiejące dzieci. Bo jak zrozumieć, że ojciec, który zawsze mówił, że najważniejsza w życiu jest uczciwość i z którego były dumne, w świetle kamer zostaje wyprowadzony z kajdankami na rękach? Średnia, 7 – letnia córka zapytała mnie: „tatusiu, czy to prawda, że ty kogoś zabiłeś?” Tak powiedziały jej koleżanki w przedszkolu, które widziały moje zdjęcie na jeżdżących po Białej Podlaskiej autobusach, reklamujących najnowszy numer miejscowego tygodnika. Dalej – żona. W pierwszym momencie trzymała się dzielnie. Pomogły słowa otuchy i wsparcia środowiska dziennikarskiego, które złożyło się na kaucję dla mnie. Z każdym dniem było jej jednak coraz trudniej. W efekcie żona znalazła się pod opieką lekarza, z której korzysta do dziś. Zwłaszcza, że funkcjonariusze ABW nie dali nam o sobie zapomnieć. Na wszystkich telefonach pozostało echo - nadal byliśmy podsłuchiwani. Śledzono każdy nasz krok, pod naszym bialskim mieszkaniem niemal ostentacyjnie parkowały samochody z funkcjonariuszami. Kilkakrotnie zresztą odwiedzali nas, pod byle pretekstem. A to, by doręczyć wezwanie, to znów, by żona rozpoznała rzeczy, które nam zabrano z bialskiego mieszkania. Przychodzili tak, by wszyscy dookoła wiedzieli, że przychodzą - dzwoniąc domofonem do sąsiadów. Dobrze poinformowani koledzy dziennikarze mówili nam, że prokuratura i ABW, które z trudem przełknęły pierwszą porażkę, nie odpuszczą, dopóki nie znajdę się w areszcie. Jeden z kolegów dziennikarz i dokumentalista filmowy powiedział mi, że w ABW opracowano mój portret psychologiczny. Miało z niego wynikać, że kluczem do sukcesu jest osadzenie mnie w areszcie wydobywczym. Za wszelką cenę. Według informatorów tego dziennikarza skonstatowano, że jestem człowiekiem wrażliwym, który kocha rodzinę i zrobi wszystko, powie wszystko – nie tylko to, co wie, ale także to, czego się domyśla i czego będą chcieli prokuratorzy – by wrócić do żony i dzieci. Trzeba tylko wsadzić mnie do aresztu wydobywczego, na kilkanaście miesięcy, bądź dłużej - i nie spieszyć się. Być może ja i żona nie przejęlibyśmy się tą informacją, gdyby nie fakt, że podobne wieści przyniósł nam inny dziennikarz – prosił o anonimowość – a potwierdziło ją także dwóch kolegów z ABW. Jeden z nich pozostaje w czynnej służbie, jego personaliów nie ujawnię. Drugim był Tomek Budzyński, jeszcze dwa lata temu szef delegatury ABW w Lublinie, obecnie na emeryturze. Z informacji, które nam przekazano wynikało, że istnieje wiele przyczyn, dla których uruchomiono olbrzymie środki, bym trafił do aresztu. Zostając szefem ABW Krzysztof Bondaryk zapewnił kierownictwo Platformy Obywatelskiej, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości doszło do licznych afer, które dotąd nie ujrzały światła dziennego, i że on te afery ujawni. Po analizie okazało się jednak, że afer – poza jedną - nie było. Tą jedyną miały być 84 nielegalne podsłuchy telefoniczne, które rzekomo założono za rządów PiS. Po przekazaniu tej informacji kierownictwu PO sprawę nagłośniono, mówiono o wielkiej aferze i procesach dla winnych nadużyć. Po kilku dniach sprawa jednak przygasła. Dlaczego? Okazało się bowiem, że popełniono błąd, bo nielegalnych podsłuchów nie było. Mechanizm błędu był prosty – sytuację, w której zakładano podsłuch np. od początku stycznia do końca marca, następnie robiono trzy miesiące przerwy, by ponownie założyć podsłuch od lipca do września, w ABW zakwalifikowano, jako podsłuch stały od stycznia do września, a więc zawierający w sobie trzy miesiące (od kwietnia do czerwca) podsłuchu nielegalnego. W rzekomych 84 nielegalnych podsłuchach takich sytuacji było prawie 80, zaś w kilku pozostałych przypadkach doszło do kilkudniowych przedłużeń podsłuchów, wynikających - jak ustalono - z zaniedbania, a nie świadomego działania. Tak czy inaczej, o żadnej aferze nie mogło być mowy i w efekcie całą sprawę wyciszono. W efekcie z rzekomych wielu afer, do jakich miało dojść za rządów PiS, a które miała wyjaśnić ABW, nie zostało nic. I dlatego – jak twierdzili dobrze poinformowani koledzy – „mojej” sprawy chwycono się, niczym ostatniej deski ratunku. Do tego doszły także inne elementy. Wspomniany Tomek Budzyński miał w latach 2005-2006 szereg kontaktów z ministrem Wassermannem, wynikających z charakteru służby.

Słowo oficera WSI

Zarówno o tych spotkaniach, o mojej znajomości z Budzyńskim jak i o moich kontaktach z ministrem Wassermannem dotyczących sprawy zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki (minister był i jest wielkim zwolennikiem koncepcji prokuratora Andrzeja Witkowskiego, w oparciu o którą powstała moja książka pt. „Kto naprawdę Go zabił?”) wiedział wiceszef ABW Jacek Mąka. Wiedział, bo od lat przyjaźnił się z Budzyńskim. Przyjaźń skończyła się na przełomie 2007/ 2008 roku, gdy Mąka złożył Budzyńskiemu propozycję – ten ostatni miał zeznać przed komisją ds. służb specjalnych, że jego spotkania z ministrem Wassermannem miały charakter nieformalny, że minister spotykał się na nieformalnych naradach z dziennikarzami, że Budzyński i inni funkcjonariusze ABW podlegali naciskom ludzi PiS, itd. Budzyński odmówił złożenia nieprawdziwych zeznań. Między dwoma oficerami ABW, niegdyś przyjaciółmi, doszło do ostrej wymiany zdań. W efekcie Budzyński zagroził, że w razie dalszych nacisków ujawni prawdę o aferach ludzi z kierownictwa ABW. Jako przykład podał ponad stumetrowe mieszkanie wiceszefa ABW Jacka Mąki na ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie (warte ponad milion złotych), które ten otrzymał bezprawnie za kadencji Andrzeja Barcikowskiego, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2005. (Barcikowskiemu zrewanżowano się później zatrudniając go w radzie programowej ośrodka szkoleniowego ABW). Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wystąpiła wówczas do Urzędu Miasta o lokal na cele operacyjne. Po otrzymaniu lokalu ABW wykorzystała go jednak na cele nieoperacyjne, konkretnie przekazała Jackowi Mące, który odnowił otrzymane mieszkanie przy pomocy pracowników Agencji, a następnie zameldował w nim siebie, żonę i syna. Mieszkaniem tym niechętnie chwali się zresztą do dziś – nie wykazał go np. w deklaracji majątkowej za rok 2007. Na koniec ostrej wymiany zdań zastępca szefa ABW miał zagrozić Budzyńskiemu, że i on i jego kolega dziennikarz (chodziło o mnie) „pożałują”. To wszystko opowiedział mi były szef lubelskiej delegatury ABW kilka miesięcy przed moim zatrzymaniem. Nie przywiązywałem wówczas do tego wagi, ale teraz co godzina zadaję sobie pytania: kto i dlaczego chce mnie zniszczyć? Teoretycznie naraziłem się tak licznej, tak wpływowej grupie ludzi, że zastanawianie się nad tym w ogóle traci sens. Czy na przykład fakt, że Krzysztof Bondaryk współpracował ściśle z prezesem Polsatu, zaś ja w programie „30 minut” w TVP ujawniłem związki najbliższego współpracownika prezesa Polsatu, Piotra Nurowskiego, z WSI, mógł mieć pośredni wpływ na sytuację, w której się znalazłem? Czy taki wpływ mógł mieć fakt, że zostałem umieszczony w anty raporcie – odpowiedzi PO na raport Komisji Weryfikacyjnej WSI – jako dziennikarz zajmujący się WSI? Nie wiem. Dziś wiem tylko tyle, że sytuację w której się znalazłem bezpośrednio zawdzięczam wyłącznie słowom jednego oficera WSI, Leszka Tobiasza. Tak wynika przynajmniej z akt Prokuratury, która udostępniła mi do wglądu akta dotyczące mojej sprawy (zmusiło ją do tego orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego). Pułkownik Tobiasz, specjalista od techniki operacyjnej, zajmujący się inwigilacją Kościoła, zeznał, że Aleksander L. i ja osobiście żądałem od niego pieniędzy za pozytywną weryfikację. O ile jednak L. nagrał wielokrotnie – kamerą, dyktafonem i specjalistyczną aparaturą podsłuchową - o ile nagrał wszystkie spotkania z Leszkiem Pietrzakiem, członkiem komisji weryfikacyjnej WSI, którego zwodził obiecując dostarczyć Komisji ważne informacje, o tyle mnie nie nagrał nigdy i nigdzie. Jak zeznał, nie nagrywał wszystkich spotkań i tak się złożyło, że nie nagrał akurat tych z moim udziałem. Jako dowód, że mówi prawdę, dał swoje słowo. Słowo jednego człowieka, oficera organizacji, o której od kilku lat robiłem wyłącznie negatywne materiały, wskazujące na szereg nieprawidłowości i patologii w WSI wystarczyło, by zniszczyć mi życie i doprowadzić do tragedii mojej i mojej rodziny! Słowo oficera WSI.

Nie wiem, którym materiałem „zasłużyłem się” WSI najbardziej. Czy tym z roku 2004, gdy w Tygodniku „Wprost” ujawniłem materiały o kontrakcie na miliard złotych na realizację tzw. III nitki rurociągu Przyjaźń, który otrzymała nikomu nieznana firma Megagaz, którą zakładali i we władzach której zasiadali wysocy rangą oficerowie WSI, m.in. były szef WSI Romuald Waga? Znamienne jest, że teksty o tej transakcji (w sumie kilkanaście, w Tygodniku „Wprost” i dzienniku „Życie”) pisałem w roku 2004, a proces firma Megagaz wytoczyła mi dopiero w czerwcu roku 2008, kilka tygodni po zatrzymaniu mnie przez prokuraturę. Czy tym z jesieni 2006 roku, gdy ujawniłem, że oficerowie WSW mieli udział w okolicznościach związanych z zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki, a oficerowie WSI – w rzeczywistości ci sami ludzie - tuszowali ślady i utrudniali prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu śledztwo dotyczące tej zbrodni? ( W tej sprawie złożyłem w ubiegłym roku w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie – śledztwo zostało wszczęte). Czy może w styczniu 2007 roku, gdy w Telewizji Publicznej w programie „30 minut” przedstawiłem 3 odcinkowy serial o patologiach WSI? ( Jeden z odcinków „Gazeta Wyborcza” zatytułowała, jako „Straszny film o WSI”.)

O Wojskowych Służbach Informacyjnych mówiłem też w innych audycjach – m.in. w III Programie Polskiego Radia na zaproszenie Dariusza Rosiaka, w moim autorskim programie „Oblicza Prawdy” w Telewizji Polskiej w Lublinie, u Rafała Ziemkiewicza w TVP Historia i w wielu, wielu innych. Programy te miały wspólny mianownik – informacje, które w nich przekazywałem, wskazywały, że WSI były organizacją bazującą na patologiach.

Czy w którymkolwiek z tych programów naruszyłem interesy pułkownika Tobiasza? Jego środowiska wielokrotnie, ale czy jego samego też? Pułkownik zajmował się inwigilacją Kościoła, ja pisaniem publikacji i robieniem programów o tych, którzy Kościół inwigilowali, ale nazwiska „Tobiasz” nie potrafię sobie przypomnieć.

W całej sprawie pojawia się jeszcze postać innego pułkownika – Aleksandra L. To dla mnie największa zagadka. L. poznałem na przełomie 1997/1998 roku, gdy po publikacji „Życia” pt. „Wakacje z agentem” traktującej o spotkaniach prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem redaktor Tomasz Wołek, zaangażował wszystkich dziennikarzy śledczych do zbierania informacji pomocnych w procesie, jaki Kwaśniewski wytoczył "Życiu".

Otrzymaliśmy – m.in. od redaktora Wołka - nazwiska i telefony różnych osób, które mogłyby mieć ważną dla nas wiedzę. Ja spotkałem się z dwoma osobami. Pierwszą z nich był mieszkający na Mokotowie znany rzemieślnik, który miał grywać z Kwaśniewskim i Ałganowem w tenisa, drugim miał być L., który miał mieć wiedzę w kwestii spotkań obu panów. Ani jeden ani drugi nic nie wniósł do sprawy. Po raz drugi z L. spotkałem się kilka lat później, gdy kolega z "Gazety Polskiej" powiedział mi, że ma świetnego informatora, Aleksandra L., który przekazuje mu wiarygodne informacje. Ponieważ w tamtym czasie zacząłem wnikać w sprawy mające swoje korzenie w latach 80., pomyślałem, że pozyskanie dodatkowego źródła jest wskazane. Słowo do słowa, spotkanie do spotkania – L. okazał się człowiekiem mającym olbrzymią wiedzę i szerokie kontakty. Znacząca część informacji, które mi przekazywał, po weryfikacji okazywała się być prawdziwa. Tak jak te, które dotyczyły związanej z WSI firmy Megagaz. Wiedziałem, kim jest L., wiedziałem, że informacje, które mi przekazuje, mogą mieć charakter rozgrywek między ludźmi wywodzącymi się z tego samego środowiska, ale uważałem, że moją rolą, jako dziennikarza, jest wykorzystywanie tych podziałów i pęknięć dla uzyskania jak największej wiedzy. Tym bardziej, że pozyskiwane od niego informacje miały charakter uzupełniający - nie inspirujący – i zawsze były weryfikowane.

Podobnie postępowałem zbierając materiały do tekstów o mafii pruszkowskiej. Tam również wykorzystywałem różnice pomiędzy gangsterami i adwokatami mafii, tam również wiedza pozyskiwana w ten sposób była jedynie uzupełnieniem tego, co wcześniej znalazłem w prokuratorskich aktach, bądź czego dowiedziałem się od policjantów czy funkcjonariuszy służb specjalnych. L. był dla mnie cennym źródłem informacji, które wykorzystywałem zarówno w publikacjach prasowych jak i książkowych, m.in. w książce pisanej na zlecenie Wydawnictwa WAB o mafii pruszkowskiej (na skutek mnożących się poprawek książka nie została wydana).
Cennym, ponieważ prawdziwa mafia rodziła się na styku działalności służb specjalnych PRL i gangsterów, którzy często byli współpracownikami SB oraz WSW - poprzednika WSI. L., jako były wiceszef kontrwywiadu, miał w tym zakresie olbrzymią wiedzę i powoli, acz systematycznie tę wiedzę ujawniał. Gdy w latach 2004-2005 pracowałem nad książką o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, o samej sprawie nie chciał mówić, ale opowiedział mi o metodach stosowanych przez WSW wobec przedstawicieli Kościoła, co stanowiło istotne uzupełnienie wiedzy, którą dysponowałem wcześniej. Gdy po wydaniu tej książki zacząłem pisać kolejną, tym razem dla Wydawnictwa Fronda – o operacjach inwigilacyjnych służb specjalnych PRL – ujawnił szereg szczegółów dotyczących tych operacji. Ujawniał zresztą nie tylko mnie, ale także kilkunastu innym dziennikarzom śledczym. W gronie dziennikarskim jego aktywność na polu kooperacji z mediami tłumaczyliśmy sobie tym, że L., który do niedawna znaczył bardzo dużo, z czasem znaczył coraz mniej, a kooperując z mediami wydawało mu się, że wciąż ma na coś wpływ, że wciąż jest w grze. Zasadnicze pytanie, które zadawaliśmy sobie z innymi dziennikarzami polegało na tym, kto kogo bardziej wykorzysta - on dziennikarzy, czy dziennikarze jego. Moja tragedia pokazuje, że odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Do pewnego stopnia i do pewnego momentu L., w ograniczonym stopniu, ufałem. Wpływ na to z jednej strony miał fakt, że stosunkowo duża część pozyskiwanych od niego informacji była przydatna – bywało, że konfabulował, ale częściej omijał niewygodne dla siebie wątki - z drugiej strony w trakcie kilkuletniej z nim znajomości po towarzyszącej pierwszym spotkaniom głębokiej rezerwie nie zostało śladu. Tym bardziej, że z czasem okazało się, iż jest co najmniej kilka osób, które można by określić mianem „wspólnych znajomych”. Należało do nich, obok dziennikarzy, m.in. trzech biskupów – L. pozostawał z nimi w zażyłości – kilku młodych „szeregowych” księży z mojej Diecezji Siedleckiej i kojarzonych z prawicą polityków oraz przedstawicieli służb specjalnych. Aleksander L. pozostawał również w dobrych relacjach z kapelanem wojskowym i kilkoma wysokimi rangą funkcjonariuszami z Komendy Głównej Policji, m.in. z szefową ekipy badającej sprawę zabójstwa generała Marka Papały. (Jesienią ubiegłego roku wraz z nią odwiedzili mnie w mieszkaniu.) Wszystkie te elementy złożyły się na ograniczone zaufanie, którego – pomimo wszystkich dzielących nas różnic – do niego nabrałem. Zaufałem na tyle, że gdy poprosił o zorganizowanie dyskretnej pomocy psychologicznej dla chorej na raka żony – nie odmówiłem (wiedział, że ukończyłem studia psychologiczne i mam rozeznanie w tym środowisku). Nie zdziwiło mnie nawet, gdy uparł się, żeby za tę pomoc za moim pośrednictwem zapłacić. Tłumaczył, że chodziło o stałą pomoc, dwa razy w tygodniu, przez okres od sześciu miesięcy do roku. Dopiero, gdy przekazał pieniądze, a jednocześnie pod błahymi pretekstami odwlekał terminy kolejnych sesji terapeutycznych, zacząłem się niepokoić i zwróciłem wpłacone środki. Niepokój mój powiększył się, gdy raz czy drugi poprosił o ułatwienie kontaktu z kimś z Komisji Weryfikacyjnej WSI „w celu przekazania informacji”. Odmówiłem. Na dobre zaniepokoiłem się wówczas, gdy mający dobre źródła informacji dwaj koledzy dziennikarze powiedzieli mi, że „nie rozmawiają już z Olkiem”, bo prowokuje do dziwnych rozmów i nagrywa. Takiej informacji udzielili mi niezależnie kolega z TVN inny z „Wprost”. Jeden z kolegów powiedział krótko: „on jest zadaniowany przez ABW”. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że istotnie charakter rozmów, które inicjował w ostatnim czasie – zwłaszcza rozmów telefonicznych, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi – mógł wskazywać na prowadzenie jakiejś specyficznej gry. Idąc śladem kolegów, na blisko miesiąc przed zatrzymaniem, postanowiłem zerwać ten kontakt.

Nie wiem, dlaczego L. prowadził swoją grę. Być może chodziło tylko o pieniądze, ale dziś sądzę, że - jak to określił kolega dziennikarz - „był zadaniowany”, bo ktoś względem niego dysponował jakimś elementem nacisku. Być może chodziło o sprawę Papały, o której coś wiedział i której wyraźnie się obawiał, być może o coś zupełnie innego. Nie wiem, dlaczego „był zadaniowany” akurat na mnie. Czy chodziło o to, że znałem kilku członków Komisji Weryfikacyjnej WSI i w oczach ludzi WSI, ABW oraz prokuratury miałem być niezbędnym łącznikiem pomocnym do jej zniszczenia, a wraz z nią idei IV RP? Na to zdają się wskazywać słowo prokuratora Michalskiego, który jasno sugerował, że interesuje go wszystko, co dotyczy Komisji i tylko przekazanie wiedzy z tego zakresu może stanowić dla mnie okoliczność łagodzącą. A może chodziło o zemstę lub o to, że sprawa wyjaśniania wszystkich okoliczności zabójstwa Księdza Jerzego Popiełuszki nabrała tempa, do czego z jednej strony przyczyniło się moje zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez funkcjonariuszy WSI, z drugiej mój proces z Waldemarem Chrostowskim, który ten ostatni przegrywa (świadkowie potwierdzają, że kierowca księdza Jerzego był związany z SB), z trzeciej finalizowanie rozmów z Telewizją Publiczną, która na podstawie mojej książki pt. „Kto naprawdę Go zabił?” planowała nakręcić dziesięcioodcinkowy serial dokumentalny poświęcony tej sprawie. Z dyrektorem Agencji Filmowej TVP i prezesem Andrzejem Urbańskim mieliśmy podpisać umowę w tej sprawie w pierwszej połowie sierpnia, (Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy przekazało już TVP prawa do produkcji, reżyserią mieli się zająć Mariusz Malec i Grzegorz Górny). Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem tylko, że w obliczu decyzji sądu o zastosowaniu względem mnie aresztu na czas śledztwa, zapewne wieloletniego śledztwa, nie mam już przeszłości, teraźniejszości ani przyszłości. Zniszczono mnie, moją Bogu ducha winną rodzinę. Teraz, po zatrzymaniu mnie w areszcie może się zacząć spektakl medialny. Raz na jakiś czas być może zostanie wypuszczona informacja o „postępach w śledztwie” - i tak do wyborów, prezydenckich i parlamentarnych (w ABW jest nieformalna dyrektywa, by sprawę spowalniać). Za kilka lat nikt może nie pamiętać o mnie i mojej rodzinie, która w międzyczasie może zostać zamęczona atmosferą nagonki i zlicytowana. Wszystko, co mamy, oparte jest o kredyty i leasingi, a ja jestem jedynym źródłem utrzymania dla niepracującej żony i trójki córeczek.

Popełniałem błędy, ale nigdy nie popełniłem przestępstwa.

Wojciech Sumliński

w internetowym Dzienniku jest interesujący artykuł o naszej rzeczywistości. Wklejam w całości, bo większość, to list samobójcy.

Próba samobójstwa dziennikarza - W liście pożegnalnym oskarżył specsłużby
środa 30 lipca 2008

Planował to przynajmniej od wczoraj. Wojciech Sumliński, dziennikarz, o którego aresztowaniu zdecydował wczoraj sąd, zanim targnął się na swoje życie, zostawił dziennikarzom serwisu niezalezna.pl wstrząsający list pożegnalny. Publikujemy go w całości - jedynie z pominięciem bardzo osobistej zapowiedzi samobójstwa.

Dziennikarz próbował podciąć sobie żyły w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki. Według serwisu niezalezna.pl, uratowała go siostra zakonna. Teraz jego życiu nic nie grozi. Leży teraz w Szpitalu Bielańskim.

Wczoraj o aresztowaniu Wojciecha Sumlińskiego zdecydował sąd. Prokuratura zarzuca jemu i pułkownikowi Aleksandrowi L. płatną protekcję. Obydwaj mieli według śledczych oferować za pieniądze pozytywną werfikację oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych, powołując się na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej.

Wojciech Sumliński twierdził, że jest niewinny. "Widziałem w prokuraturze materiały na swój temat i nie ma tam nic" - mówił w TVN24 dziennikarz. Jego obrońcy już przygotowują wniosek o uchylenie decyzji o aresztowaniu.

List dziennikarza opublikował serwis niezalezna.pl oraz we fragmencie "Rzeczpospolita". Pisze w nim, że prowadził dziennikarskie śledztwa i mógł się narazić przy tym wielu osobom. Jedną z nich ma być wiceszef ABW Jacek Mąka, który miał mówić Sumlińskiemu, iż ten pożałuje, że zajmował się sprawą przyznania mu mieszkania. Według Sumlińskiego, warte milion złotych mieszkanie przyznano Mące bezprawnie.

"Fragmenty listu Wojciecha S., cytowane przez autorów artykułu, dotyczące ppłk. Jacka Mąki, zawierają nieprawdziwe informacje. Fałszywe oskarżenia i pomówienia kierowane przez osoby, którym prokuratura stawia zarzuty, to element linii obrony, często wykorzystywany przez podejrzanych" - odpowiada ABW w specjalnym komunikacie.

Oto list pożegnalny Sumlińskiego:

Zdarzają się sytuacje, które diametralnie odmieniają los człowieka, po których nic nie jest - i nigdy już nie będzie - takie same, jak wcześniej. Zdarzają się takie dni, które dzielą życie na „do” i „po”, które powodują, że człowiek umiera - chociaż żyje. Dla mnie ten dzień, najbardziej tragiczny dzień mojego życia, nadszedł 13 maja br. Tego dnia o godzinie 6 rano w moim warszawskim mieszkaniu obudził mnie cichy dzwonek do drzwi. Dwie poprzednie noce spałem krótko, ponieważ spędziłem je na pisaniu końcowych sekwencji książki - o operacjach inwigilacyjnych służb specjalnych PRL - dla Wydawnictwa Fronda. Książkę tę pisałem od ponad roku i pracowałem nocami, by ją ukończyć, tak jak obiecałem Grzegorzowi Górnemu, redaktorowi naczelnemu Frondy, do końca maja. Mimo zmęczenia, wystarczył jeden dzwonek do drzwi, bym się obudził. Instynkt, przeczucie niebezpieczeństwa? Wyrwany z krótkiego snu podszedłem do drzwi i usłyszałem - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że od tego momentu jestem zatrzymany pod zarzutem przekazania Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI spółce Agora. Absurdalność zarzutu, absurdalność całej sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Metodyczne przeszukanie trwało do godziny 21 00. Centymetr po centymetrze. Szukano Aneksu, który rzekomo miałem przekazać spółce Agora. (Szukano tak zapamiętale, że w użyczonym nam przez teściów mieszkaniu w Białej Podlaskiej, gdzie wraz z trzema córkami przebywała moja żona, funkcjonariusze ABW poprosili żonę o sprzęt do spuszczenia wody z akwarium). Ponieważ nie miałem nic do ukrycia, współpracowałem z funkcjonariuszami ABW, jak potrafiłem, nawet na takich polach, na których współpracować nie musiałem. Pokazałem, gdzie przechowuję wszystkie dokumenty, udostępniłem hasło do swojej poczty mailowej, podałem numery PIN-ów do trzech telefonów komórkowych, jakich używałem, odpowiedziałem na wszystkie zadane mi pytania.

Wierzyłem, że to nieporozumienie, które niebawem się wyjaśni. W wyniku kilkunastogodzinnego przeszukania wyniesiono mi z mieszkania kilka tysięcy stron rozmaitych dokumentów, kilkadziesiąt płyt DVD, dyskietek, kaset VHS oraz innych nośników elektronicznych, trzy komputery, wszystkie notatniki, itp. Wraz nimi przepadła znajdująca się na ukończeniu książka, nad którą pracowałem od ponad roku oraz materiały zbierane do kolejnej książki, którą miałem pisać dla Wydawnictwa Fronda - miała to być pierwsza publikacja książkowa o Wojskowych Służbach Informacyjnych.

Lustro weneckie

Pod koniec przeszukania, tuż przed przewiezieniem do policyjnej izby zatrzymań na warszawskim Mokotowie, pozwolono mi na krótkie spotkanie z Romanem Giertychem, który został moim obrońcą. Nie mam właściwych słów wdzięczności względem niego - za troskę, z jaką zajął się moją rodziną w tej najtragiczniejszej godzinie naszego życia. Wagę prostych ludzkich gestów może zrozumieć tylko ktoś, kto znalazł się w analogicznej do nas sytuacji - sytuacji której nie rozumie, która go przerasta i prowadzi na dno rozpaczy. Z jednej strony jej absurdalność wydawała się dawać podstawy do optymizmu, z drugiej jednak skala i zakres podjętych działań wskazywały, że ktoś, kto odpowiada za wdrożenie tego absurdu do realizacji, nie cofnie się przed dopowiedzeniem całego alfabetu - cokolwiek by to miało oznaczać - skoro powiedział "a”. Mimo wszystko miałem nadzieję… Pomimo dwóch nieprzespanych wcześniej nocy nie mogłem zasnąć nawet na chwilę.

Oszołomienie związane z szokującą sytuacją, w jakiej się znalazłem, obawa o rodzinę, setki pytań cisnących się do głowy. Na rozmyślaniach i analizie sytuacji minęła pierwsza noc w policyjnej izbie zatrzymań, w trakcie której czekałem na spotkanie z prokuratorem. Czekałem w nadziei, że ranek przyniesie odpowiedź na wszystkie pytania. Około godziny 10. przyszło po mnie czterech młodych funkcjonariuszy ABW. Byli sympatyczni, nawet współczujący. Przekonywali, że złożę wyjaśnienia i na pewno zostanę zwolniony, bo to "działania rutynowe”. Spotkanie z prokuratorami Michalskim i Jolantą Mamej nie potwierdziło ich słów. Na pytania o znajomość z Leszkiem Pietrzakiem i Piotrem Bączkiem, członkami Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz Aleksandrem L. i Leszkiem Tobiaszem, pułkownikami WSI, odpowiadałem najdokładniej, jak potrafiłem. Opowiedziałem, jak na przełomie roku 2004/2005, przy okazji prowadzenia dziennikarskiego śledztwa w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, poznałem Leszka Pietrzaka, współpracownika prokuratora Andrzeja Witkowskiego zajmującego się tą najgłośniejszą, a zarazem najbardziej tajemniczą zbrodnią PRL. Opowiedziałem o swoich kontaktach z Piotrem Bączkiem, mało mi znanym kolegą dziennikarzem, z którym ostatni raz widziałem się około przełomu 2006 / 2007 roku. Opowiedziałem o spotkaniach z Aleksandrem L., z którym jednorazowy kontakt miałem w drugiej połowie lat 90. - przy okazji zdobywania informacji uwiarygodniających tekst redakcyjnych kolegów, Jacka Łęskiego i Rafała Kasprów, o wakacjach prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem, Władimirem Ałganowem - a następnie, po blisko siedmioletniej przerwie, za pośrednictwem kolegi dziennikarza z Gazety Polskiej nawiązałem z nim ponowny kontakt, traktując go, jako źródło informacji. Opowiedziałem wreszcie o Leszku Tobiaszu, z którym widziałem się dwa razy w życiu - jeden kontakt trwał kilka sekund i polegał na powiedzeniu sobie "dzień dobry”, drugi nastąpił pod koniec kwietnia 2008 roku na urodzinach właściciela gospodarstwa agroturystycznego pod Białą Podlaską, miasta, w którym mieszkam. Leszek Tobiasz podszedł wówczas do mnie i usiłował mi wmówić, że jest moim dobrym znajomym. Ponieważ nie potrafiłem sobie przypomnieć "dobrego znajomego”, zostawił mi do siebie telefon z informacją, żebym "koniecznie zadzwonił”, bo musimy porozmawiać o ważnych sprawach. Nie zadzwoniłem.

Po wyjaśnieniach nastąpiło okazanie. Postawiono mnie obok kilku innych osób, by zza weneckiego lustra pułkownik Tobiasz mógł mnie rozpoznać. Cała sytuacja - jak prawie wszystko w tej sprawie - wyglądała absurdalnie. Godzinę wcześniej, pytany przez prokuratorów o kontakty z Tobiaszem, wyjaśniłem, że pod koniec kwietnia, a więc dwa tygodnie przed moim zatrzymaniem, Tobiasz podszedł do mnie na urodzinach pod Białą Podlaską, co mogłoby potwierdzić wiele osób. Tymczasem dla prokuratorów fakt, że pułkownik mnie rozpoznał, wydawał się stanowić duży sukces.

Po okazaniu pani prokurator oznajmiła mi, że "w tej sytuacji będzie wniosek o areszt”. Trudno mi opisać, co czułem po powrocie do policyjnej izby zatrzymań. Miałem już świadomość, że ludzie odpowiedzialni za realizację tej sprawy pójdą do samego końca, cokolwiek by to miało oznaczać. Myślałem o bliskich, zwłaszcza o żonie i córeczkach. Co zrobić, by nic nie czuć, by nie myśleć, bo każda myśl przynosi niemal fizyczny ból? Jeżeli jest dno rozpaczy, ja znalazłem się na tym dnie. Przypominałem sobie historie ludzi, którzy w nieodległej przeszłości cierpieli w niemieckich, a następnie ubeckich katowniach w latach 40 i 50. Myślałem o ludziach Solidarności, którzy podążyli ich drogą i za każdym razem uświadamiałem sobie, że moje cierpienie było tylko nic nie znaczącą miniaturką ich cierpienia. Nikt przecież mnie nie torturował, nie mordował. A jednak po tysiąckroć zazdrościłem im. Wiedzieli, że cierpią za wielką sprawę i wiedział to każdy Polak - że tam w katowniach znajdują się najlepsi synowie narodu. Ja nie byłem maltretowany fizycznie, a jednak po tysiąckroć wolałbym odczuwać fizyczny ból, niż to psychicznie cierpienie - nie uświadamiałem sobie dotąd, że może istnieć tak straszny rodzaj cierpienia. Jednym cięciem mnie i mojej rodzinie odebrano wszystko to, co było dla nas najcenniejsze - poczucie bezpieczeństwa, ludzki szacunek. Są ludzie, którzy zniosą wszystko. Ale większość ma swoją granicę wytrzymałości. Gdy myślałem o tym, co zrobiono mnie i mojej rodzinie, marzyłem tylko o tym, by nic nie czuć. Tak minęła kolejna noc bez snu. Nad ranem przyszli po mnie w dziewięciu. Ci nie byli już tak mili jak ich koledzy dzień wcześniej. "Rusz palcem w bucie bez zgody, a zobaczysz, jak ci p….” - oznajmił "na dzień dobry” jeden z ubranych w czarne uniformy i kominiarki funkcjonariuszy. Zapakowali mnie do Nissana Patrola. Czterech funkcjonariuszy ABW w samochodzie ze mną, pięciu w drugim, jadącym za nami. Po co tak wielkie środki bezpieczeństwa? Jak wytłumaczyć tę pokazówkę, jeśli nie kolejnym absurdem? Inwigilowano mnie od listopada 2007 roku, a zatem wiedziano, że nie istnieje żadna grupa, które miałaby mnie odbić, że moi koledzy, to ludzie prasy, telewizji, wydawcy, etc - nie gangsterskie komando. Posiedzenie w sądzie było krótkie.

Zapamiętałem płomienną mowę Romana Giertycha, który mówił, że tu i teraz decyduje się los mój i mojej rodziny, że jeżeli trafię do aresztu, a za kilka lat - bo tyle w polskich realiach trwają procesy - okaże się, że zarzuty były absurdalne, to uniewinniający wyrok sądu i tak będzie pozbawiony znaczenia, bo ja będę człowiekiem tyleż niewinnym, co skończonym. I jeszcze mowę prokuratora Michalskiego, który położył nacisk na fakt, że śledztwo jest rozwojowe, a w moim mieszkaniu znaleziono tysiące stron dokumentów, w tym setki opatrzonych klauzulą tajne, bądź ściśle tajne. Mimo całego oszołomienia zastanowiło mnie to.

Istotnie, jak zapewne większość dziennikarzy śledczych, miałem tajne dokumenty: około tysiąca stron tzw. Akt "Masy”, ponad tysiąc stron dokumentów ze śledztwa dotyczącego zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, kilkaset stron dokumentów od osób, które w latach 80. zostały pokrzywdzone przez funkcjonariuszy SB i uzyskały wgląd do swoich teczek, a następnie przekazały mi te teczki ujawniające agenturę SB na Lubelszczyźnie (zawartą w nich wiedzę wykorzystywałem w moim autorskim programie emitowanym w TVP Lublin pt. "Oblicza prawdy”), kilkaset stron dokumentów z różnych śledztw oraz około stu stron dotyczących handlu bronią WSI (Aneksu, którego szukano - nie miałem). Z tajnymi dokumentami obcowałem od lat, bo przecież m.in. na tym polega rola dziennikarza śledczego.

Umożliwiali mi to ludzie - prokuratorzy, policjanci, funkcjonariusze służb specjalnych, a bywało, że także politycy - którzy mi ufali i zawierzyli, że z nabytej wiedzy zrobię dobry użytek. Tak było, gdy w latach 1997/1998 w dzienniku "Życie” opublikowałem serie tekstów o zorganizowanej przestępczości nad wschodnią granicą państwa, za które otrzymałem nagrodę Ministra Spraw Wewnętrznych. Tak było w roku 1998, gdy wraz z Jackiem Łęskim i Rafałem Kasprówem ujawniliśmy materiały dotyczące rosyjskich szpiegów w Polsce, po której to publikacji kilkunastu rosyjskich dyplomatów zostało poproszonych o opuszczenie Polski. Tak było, gdy w roku 2003 w Tygodniku "Wprost” ujawniłem, jako pierwszy dziennikarz w Polsce, fragmenty ściśle tajnych zeznań Jarosława S. pseudonim "Masa”. W śledztwie przeciwko mafii pruszkowskiej uznano, że "Masa” jest wiarygodny, a jednak wykorzystano tylko część jego zeznań - dokładnie tę część, która dotyczyła gangsterów, a nie polityków. "Czy można być wiarygodnym do połowy, czy można być do połowy w ciąży?” - pytali mnie ludzie, dzięki którym stałem się posiadaczem tajnej wiedzy. Tak było w roku 2004, gdy wraz z Leszkiem Misiakiem ujawniliśmy tajne informacje i zdjęcia dotyczące kontaktów Jolanty Kwaśniewskiej, żony ówczesnego prezydenta RP, z Aleksandrem Żaglem i Kuną, organizatorami tzw. spotkania wiedeńskiego. Tak było, gdy w tym samym roku ujawniłem materiały o kontrakcie stulecia związanej z WSI firmy Megagaz, która otrzymała blisko miliard złotych na realizację tzw. III nitki rurociągu "Przyjaźń” (III nitka nie powstała, miliard zniknął). Tak było w roku 2005, gdy w wydawnictwie Rosner i Wspólnicy opublikowałem książkę "Kto naprawdę Go zabił?”, książkę przemilczaną, ujawniającą tajne dokumenty pokazujące, że prawie wszystko co dotąd powiedziano o zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce, najgłośniejszej, a zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni PRL, jest kłamstwem. Tak było w roku 2006, gdy wraz z Jankiem Pińskim zdobyliśmy dla „Wprost” nieznane dotąd nikomu, poza niewielką grupą funkcjonariuszy ABW, zdjęcia dowodzące kontaktów Aleksandra Kwaśniewskiego z Markiem Dochnalem, którym to kontaktom Kwaśniewski zaprzeczał i po ujawnieniu których odmówił stanięcia przed sejmową speckomisją. Tak było wreszcie w styczniu roku 2007, gdy wraz z Grzegorzem Górnym wyemitowaliśmy w Telewizji Polskiej głośny trzyodcinkowy serial o patologiach Wojskowych Służb Informacyjnych. We wszystkich tych i w wielu innych przypadkach miałem dostęp do wiedzy zawartej w materiałach opatrzonych klauzulą "tajne” bądź "ściśle tajne”. Za każdym razem z wiedzy tej robiłem wyłącznie taki użytek, jaki powinien robić dziennikarz - w miarę swoich możliwości wiedzę tę weryfikowałem, a następnie ujawniałem. I nikt nigdy (nawet "osławiony” prokurator Kapusta, który w 2003 roku po ujawnieniu przeze mnie akt "Masy” na konferencji prasowej potwierdził, że dziennikarze mają prawo do ujawniania tajnych informacji) nie czynił mi z tego zarzutu. Przeciwnie - we wszystkich znanych mi wypowiedziach zarówno politycy, publicyści jak i prokuratorzy twierdzili zgodnie, że posiadający i ujawniający tajne informacje dziennikarz nie tylko nie popełnia przestępstwa (popełnia je ten, kto dziennikarzowi tajną wiedzę udostępnia), ale wręcz robi to, co do niego należy. Dlaczego zatem prokurator Michalski poszedł dalej niż ktokolwiek inny i informacji o znalezieniu u mnie tajnych dokumentów użył, jako argumentu dla zastosowania wobec mnie aresztu? O tym wszystkim myślałem, znajdując się w stanie całkowitego oszołomienia, stając przed obliczem sądu, który miał zadecydować o moim losie.

Po pięciu godzinach od posiedzenia sąd zdecydował, że pozostanę na wolności. Tych pięciu godzin oczekiwania, spędzonych na modlitwie, nie zapomnę nigdy. Trudno opisać, co wtedy czułem. Czy w ogóle można opisać uczucia człowieka, któremu dano drugie życie? Tak mi się przynajmniej wtenczas wydawało - że otrzymałem drugą szansę. Na zewnątrz zastałem jednak krajobraz zniszczenia. Najprzód przerażone, nic nie rozumiejące dzieci. Bo jak zrozumieć, że ojciec, który zawsze mówił, że najważniejsza w życiu jest uczciwość i z którego były dumne, w świetle kamer zostaje wyprowadzony z kajdankami na rękach? Średnia, 7-letnia córka zapytała mnie: "tatusiu, czy to prawda, że ty kogoś zabiłeś?” Tak powiedziały jej koleżanki w przedszkolu, które widziały moje zdjęcie na jeżdżących po Białej Podlaskiej autobusach, reklamujących najnowszy numer miejscowego tygodnika. Dalej - żona. W pierwszym momencie trzymała się dzielnie. Pomogły słowa otuchy i wsparcia środowiska dziennikarskiego, które złożyło się na kaucję dla mnie. Z każdym dniem było jej jednak coraz trudniej. W efekcie żona znalazła się pod opieką lekarza, z której korzysta do dziś. Zwłaszcza, że funkcjonariusze ABW nie dali nam o sobie zapomnieć. Na wszystkich telefonach pozostało echo - nadal byliśmy podsłuchiwani. Śledzono każdy nasz krok, pod naszym bialskim mieszkaniem niemal ostentacyjnie parkowały samochody z funkcjonariuszami. Kilkakrotnie zresztą odwiedzali nas, pod byle pretekstem. A to, by doręczyć wezwanie, to znów, by żona rozpoznała rzeczy, które nam zabrano z bialskiego mieszkania. Przychodzili tak, by wszyscy dookoła wiedzieli, że przychodzą - dzwoniąc domofonem do sąsiadów. Dobrze poinformowani koledzy dziennikarze mówili nam, że prokuratura i ABW, które z trudem przełknęły pierwszą porażkę, nie odpuszczą, dopóki nie znajdę się w areszcie. Jeden z kolegów dziennikarz i dokumentalista filmowy powiedział mi, że w ABW opracowano mój portret psychologiczny. Miało z niego wynikać, że kluczem do sukcesu jest osadzenie mnie w areszcie wydobywczym. Za wszelką cenę. Według informatorów tego dziennikarza skonstatowano, że jestem człowiekiem wrażliwym, który kocha rodzinę i zrobi wszystko, powie wszystko - nie tylko to, co wie, ale także to, czego się domyśla i czego będą chcieli prokuratorzy - by wrócić do żony i dzieci. Trzeba tylko wsadzić mnie do aresztu wydobywczego, na kilkanaście miesięcy, bądź dłużej - i nie spieszyć się. Być może ja i żona nie przejęlibyśmy się tą informacją, gdyby nie fakt, że podobne wieści przyniósł nam inny dziennikarz - prosił o anonimowość - a potwierdziło ją także dwóch kolegów z ABW. Jeden z nich pozostaje w czynnej służbie, jego personaliów nie ujawnię. Drugim był Tomek Budzyński, jeszcze dwa lata temu szef delegatury ABW w Lublinie, obecnie na emeryturze. Z informacji, które nam przekazano wynikało, że istnieje wiele przyczyn, dla których uruchomiono olbrzymie środki, bym trafił do aresztu. Zostając szefem ABW Krzysztof Bondaryk zapewnił kierownictwo Platformy Obywatelskiej, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości doszło do licznych afer, które dotąd nie ujrzały światła dziennego, i że on te afery ujawni. Po analizie okazało się jednak, że afer - poza jedną - nie było. Tą jedyną miały być 84 nielegalne podsłuchy telefoniczne, które rzekomo założono za rządów PiS. Po przekazaniu tej informacji kierownictwu PO sprawę nagłośniono, mówiono o wielkiej aferze i procesach dla winnych nadużyć. Po kilku dniach sprawa jednak przygasła. Dlaczego? Okazało się bowiem, że popełniono błąd, bo nielegalnych podsłuchów nie było. Mechanizm błędu był prosty - sytuację, w której zakładano podsłuch np. od początku stycznia do końca marca, następnie robiono trzy miesiące przerwy, by ponownie założyć podsłuch od lipca do września, w ABW zakwalifikowano, jako podsłuch stały od stycznia do września, a więc zawierający w sobie trzy miesiące (od kwietnia do czerwca) podsłuchu nielegalnego. W rzekomych 84 nielegalnych podsłuchach takich sytuacji było prawie 80, zaś w kilku pozostałych przypadkach doszło do kilkudniowych przedłużeń podsłuchów, wynikających - jak ustalono - z zaniedbania, a nie świadomego działania. Tak czy inaczej, o żadnej aferze nie mogło być mowy i w efekcie całą sprawę wyciszono. W efekcie z rzekomych wielu afer, do jakich miało dojść za rządów PiS, a które miała wyjaśnić ABW, nie zostało nic. I dlatego - jak twierdzili dobrze poinformowani koledzy - "mojej” sprawy chwycono się, niczym ostatniej deski ratunku. Do tego doszły także inne elementy. Wspomniany Tomek Budzyński miał w latach 2005-2006 szereg kontaktów z ministrem Wassermannem, wynikających z charakteru służby.

Słowo oficera WSI

Zarówno o tych spotkaniach, o mojej znajomości z Budzyńskim jak i o moich kontaktach z ministrem Wassermannem dotyczących sprawy zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki (minister był i jest wielkim zwolennikiem koncepcji prokuratora Andrzeja Witkowskiego, w oparciu o którą powstała moja książka pt. "Kto naprawdę Go zabił?”) wiedział wiceszef ABW Jacek Mąka. Wiedział, bo od lat przyjaźnił się z Budzyńskim. Przyjaźń skończyła się na przełomie 2007/ 2008 roku, gdy Mąka złożył Budzyńskiemu propozycję - ten ostatni miał zeznać przed komisją ds. służb specjalnych, że jego spotkania z ministrem Wassermannem miały charakter nieformalny, że minister spotykał się na nieformalnych naradach z dziennikarzami, że Budzyński i inni funkcjonariusze ABW podlegali naciskom ludzi PiS, itd. Budzyński odmówił złożenia nieprawdziwych zeznań. Między dwoma oficerami ABW, niegdyś przyjaciółmi, doszło do ostrej wymiany zdań. W efekcie Budzyński zagroził, że w razie dalszych nacisków ujawni prawdę o aferach ludzi z kierownictwa ABW. Jako przykład podał ponad stumetrowe mieszkanie wiceszefa ABW Jacka Mąki na ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie (warte ponad milion złotych), które ten otrzymał bezprawnie za kadencji Andrzeja Barcikowskiego, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2005. (Barcikowskiemu zrewanżowano się później zatrudniając go w radzie programowej ośrodka szkoleniowego ABW). Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wystąpiła wówczas do Urzędu Miasta o lokal na cele operacyjne. Po otrzymaniu lokalu ABW wykorzystała go jednak na cele nieoperacyjne, konkretnie przekazała Jackowi Mące, który odnowił otrzymane mieszkanie przy pomocy pracowników Agencji, a następnie zameldował w nim siebie, żonę i syna. Mieszkaniem tym niechętnie chwali się zresztą do dziś - nie wykazał go np. w deklaracji majątkowej za rok 2007. Na koniec ostrej wymiany zdań zastępca szefa ABW miał zagrozić Budzyńskiemu, że i on i jego kolega dziennikarz (chodziło o mnie) "pożałują”. To wszystko opowiedział mi były szef lubelskiej delegatury ABW kilka miesięcy przed moim zatrzymaniem. Nie przywiązywałem wówczas do tego wagi, ale teraz co godzina zadaję sobie pytania: kto i dlaczego chce mnie zniszczyć? Teoretycznie naraziłem się tak licznej, tak wpływowej grupie ludzi, że zastanawianie się nad tym w ogóle traci sens. Czy na przykład fakt, że Krzysztof Bondaryk współpracował ściśle z prezesem Polsatu, zaś ja w programie "30 minut” w TVP ujawniłem związki najbliższego współpracownika prezesa Polsatu, Piotra Nurowskiego, z WSI, mógł mieć pośredni wpływ na sytuację, w której się znalazłem? Czy taki wpływ mógł mieć fakt, że zostałem umieszczony w anty raporcie - odpowiedzi PO na raport Komisji Weryfikacyjnej WSI - jako dziennikarz zajmujący się WSI? Nie wiem. Dziś wiem tylko tyle, że sytuację w której się znalazłem bezpośrednio zawdzięczam wyłącznie słowom jednego oficera WSI, Leszka Tobiasza. Tak wynika przynajmniej z akt Prokuratury, która udostępniła mi do wglądu akta dotyczące mojej sprawy (zmusiło ją do tego orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego). Pułkownik Tobiasz, specjalista od techniki operacyjnej, zajmujący się inwigilacją Kościoła, zeznał, że Aleksander L. i ja osobiście żądałem od niego pieniędzy za pozytywną weryfikację. O ile jednak L. nagrał wielokrotnie - kamerą, dyktafonem i specjalistyczną aparaturą podsłuchową - o ile nagrał wszystkie spotkania z Leszkiem Pietrzakiem, członkiem komisji weryfikacyjnej WSI, którego zwodził obiecując dostarczyć Komisji ważne informacje, o tyle mnie nie nagrał nigdy i nigdzie. Jak zeznał, nie nagrywał wszystkich spotkań i tak się złożyło, że nie nagrał akurat tych z moim udziałem. Jako dowód, że mówi prawdę, dał swoje słowo. Słowo jednego człowieka, oficera organizacji, o której od kilku lat robiłem wyłącznie negatywne materiały, wskazujące na szereg nieprawidłowości i patologii w WSI wystarczyło, by zniszczyć mi życie i doprowadzić do tragedii mojej i mojej rodziny! Słowo oficera WSI.

Nie wiem, którym materiałem "zasłużyłem się” WSI najbardziej. Czy tym z roku 2004, gdy w Tygodniku "Wprost” ujawniłem materiały o kontrakcie na miliard złotych na realizację tzw. III nitki rurociągu Przyjaźń, który otrzymała nikomu nieznana firma Megagaz, którą zakładali i we władzach której zasiadali wysocy rangą oficerowie WSI, m.in. były szef WSI Romuald Waga? Znamienne jest, że teksty o tej transakcji (w sumie kilkanaście, w Tygodniku "Wprost” i dzienniku "Życie”) pisałem w roku 2004, a proces firma Megagaz wytoczyła mi dopiero w czerwcu roku 2008, kilka tygodni po zatrzymaniu mnie przez prokuraturę. Czy tym z jesieni 2006 roku, gdy ujawniłem, że oficerowie WSW mieli udział w okolicznościach związanych z zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki, a oficerowie WSI - w rzeczywistości ci sami ludzie - tuszowali ślady i utrudniali prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu śledztwo dotyczące tej zbrodni? ( W tej sprawie złożyłem w ubiegłym roku w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie – śledztwo zostało wszczęte). Czy może w styczniu 2007 roku, gdy w Telewizji Publicznej w programie "30 minut” przedstawiłem 3 odcinkowy serial o patologiach WSI? ( Jeden z odcinków "Gazeta Wyborcza” zatytułowała, jako "Straszny film o WSI”.)

O Wojskowych Służbach Informacyjnych mówiłem też w innych audycjach - m.in. w III Programie Polskiego Radia na zaproszenie Dariusza Rosiaka, w moim autorskim programie "Oblicza Prawdy” w Telewizji Polskiej w Lublinie, u Rafała Ziemkiewicza w TVP Historia i w wielu, wielu innych. Programy te miały wspólny mianownik - informacje, które w nich przekazywałem, wskazywały, że WSI były organizacją bazującą na patologiach.

Czy w którymkolwiek z tych programów naruszyłem interesy pułkownika Tobiasza? Jego środowiska wielokrotnie, ale czy jego samego też? Pułkownik zajmował się inwigilacją Kościoła, ja pisaniem publikacji i robieniem programów o tych, którzy Kościół inwigilowali, ale nazwiska "Tobiasz” nie potrafię sobie przypomnieć.

W całej sprawie pojawia się jeszcze postać innego pułkownika - Aleksandra L. To dla mnie największa zagadka. L. poznałem na przełomie 1997/1998 roku, gdy po publikacji "Życia” pt. "Wakacje z agentem” traktującej o spotkaniach prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem redaktor Tomasz Wołek, zaangażował wszystkich dziennikarzy śledczych do zbierania informacji pomocnych w procesie, jaki Kwaśniewski wytoczył "Życiu".

Otrzymaliśmy - m.in. od redaktora Wołka - nazwiska i telefony różnych osób, które mogłyby mieć ważną dla nas wiedzę. Ja spotkałem się z dwoma osobami. Pierwszą z nich był mieszkający na Mokotowie znany rzemieślnik, który miał grywać z Kwaśniewskim i Ałganowem w tenisa, drugim miał być L., który miał mieć wiedzę w kwestii spotkań obu panów. Ani jeden ani drugi nic nie wniósł do sprawy. Po raz drugi z L. spotkałem się kilka lat później, gdy kolega z "Gazety Polskiej" powiedział mi, że ma świetnego informatora, Aleksandra L., który przekazuje mu wiarygodne informacje. Ponieważ w tamtym czasie zacząłem wnikać w sprawy mające swoje korzenie w latach 80., pomyślałem, że pozyskanie dodatkowego źródła jest wskazane. Słowo do słowa, spotkanie do spotkania - L. okazał się człowiekiem mającym olbrzymią wiedzę i szerokie kontakty. Znacząca część informacji, które mi przekazywał, po weryfikacji okazywała się być prawdziwa. Tak jak te, które dotyczyły związanej z WSI firmy Megagaz. Wiedziałem, kim jest L., wiedziałem, że informacje, które mi przekazuje, mogą mieć charakter rozgrywek między ludźmi wywodzącymi się z tego samego środowiska, ale uważałem, że moją rolą, jako dziennikarza, jest wykorzystywanie tych podziałów i pęknięć dla uzyskania jak największej wiedzy. Tym bardziej, że pozyskiwane od niego informacje miały charakter uzupełniający - nie inspirujący - i zawsze były weryfikowane.

Podobnie postępowałem zbierając materiały do tekstów o mafii pruszkowskiej. Tam również wykorzystywałem różnice pomiędzy gangsterami i adwokatami mafii, tam również wiedza pozyskiwana w ten sposób była jedynie uzupełnieniem tego, co wcześniej znalazłem w prokuratorskich aktach, bądź czego dowiedziałem się od policjantów czy funkcjonariuszy służb specjalnych. L. był dla mnie cennym źródłem informacji, które wykorzystywałem zarówno w publikacjach prasowych jak i książkowych, m.in. w książce pisanej na zlecenie Wydawnictwa WAB o mafii pruszkowskiej (na skutek mnożących się poprawek książka nie została wydana).

Cennym, ponieważ prawdziwa mafia rodziła się na styku działalności służb specjalnych PRL i gangsterów, którzy często byli współpracownikami SB oraz WSW - poprzednika WSI. L., jako były wiceszef kontrwywiadu, miał w tym zakresie olbrzymią wiedzę i powoli, acz systematycznie tę wiedzę ujawniał. Gdy w latach 2004-2005 pracowałem nad książką o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, o samej sprawie nie chciał mówić, ale opowiedział mi o metodach stosowanych przez WSW wobec przedstawicieli Kościoła, co stanowiło istotne uzupełnienie wiedzy, którą dysponowałem wcześniej. Gdy po wydaniu tej książki zacząłem pisać kolejną, tym razem dla Wydawnictwa Fronda - o operacjach inwigilacyjnych służb specjalnych PRL - ujawnił szereg szczegółów dotyczących tych operacji. Ujawniał zresztą nie tylko mnie, ale także kilkunastu innym dziennikarzom śledczym. W gronie dziennikarskim jego aktywność na polu kooperacji z mediami tłumaczyliśmy sobie tym, że L., który do niedawna znaczył bardzo dużo, z czasem znaczył coraz mniej, a kooperując z mediami wydawało mu się, że wciąż ma na coś wpływ, że wciąż jest w grze. Zasadnicze pytanie, które zadawaliśmy sobie z innymi dziennikarzami polegało na tym, kto kogo bardziej wykorzysta - on dziennikarzy, czy dziennikarze jego. Moja tragedia pokazuje, że odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Do pewnego stopnia i do pewnego momentu L., w ograniczonym stopniu, ufałem. Wpływ na to z jednej strony miał fakt, że stosunkowo duża część pozyskiwanych od niego informacji była przydatna - bywało, że konfabulował, ale częściej omijał niewygodne dla siebie wątki - z drugiej strony w trakcie kilkuletniej z nim znajomości po towarzyszącej pierwszym spotkaniom głębokiej rezerwie nie zostało śladu. Tym bardziej, że z czasem okazało się, iż jest co najmniej kilka osób, które można by określić mianem „wspólnych znajomych”. Należało do nich, obok dziennikarzy, m.in. trzech biskupów - L. pozostawał z nimi w zażyłości – kilku młodych „szeregowych” księży z mojej Diecezji Siedleckiej i kojarzonych z prawicą polityków oraz przedstawicieli służb specjalnych. Aleksander L. pozostawał również w dobrych relacjach z kapelanem wojskowym i kilkoma wysokimi rangą funkcjonariuszami z Komendy Głównej Policji, m.in. z szefową ekipy badającej sprawę zabójstwa generała Marka Papały. (Jesienią ubiegłego roku wraz z nią odwiedzili mnie w mieszkaniu.) Wszystkie te elementy złożyły się na ograniczone zaufanie, którego – pomimo wszystkich dzielących nas różnic - do niego nabrałem. Zaufałem na tyle, że gdy poprosił o zorganizowanie dyskretnej pomocy psychologicznej dla chorej na raka żony - nie odmówiłem (wiedział, że ukończyłem studia psychologiczne i mam rozeznanie w tym środowisku). Nie zdziwiło mnie nawet, gdy uparł się, żeby za tę pomoc za moim pośrednictwem zapłacić. Tłumaczył, że chodziło o stałą pomoc, dwa razy w tygodniu, przez okres od sześciu miesięcy do roku. Dopiero, gdy przekazał pieniądze, a jednocześnie pod błahymi pretekstami odwlekał terminy kolejnych sesji terapeutycznych, zacząłem się niepokoić i zwróciłem wpłacone środki. Niepokój mój powiększył się, gdy raz czy drugi poprosił o ułatwienie kontaktu z kimś z Komisji Weryfikacyjnej WSI "w celu przekazania informacji”. Odmówiłem. Na dobre zaniepokoiłem się wówczas, gdy mający dobre źródła informacji dwaj koledzy dziennikarze powiedzieli mi, że "nie rozmawiają już z Olkiem”, bo prowokuje do dziwnych rozmów i nagrywa. Takiej informacji udzielili mi niezależnie kolega z TVN inny z "Wprost”. Jeden z kolegów powiedział krótko: "on jest zadaniowany przez ABW”. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że istotnie charakter rozmów, które inicjował w ostatnim czasie - zwłaszcza rozmów telefonicznych, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi - mógł wskazywać na prowadzenie jakiejś specyficznej gry. Idąc śladem kolegów, na blisko miesiąc przed zatrzymaniem, postanowiłem zerwać ten kontakt.

Nie wiem, dlaczego L. prowadził swoją grę. Być może chodziło tylko o pieniądze, ale dziś sądzę, że - jak to określił kolega dziennikarz - "był zadaniowany”, bo ktoś względem niego dysponował jakimś elementem nacisku. Być może chodziło o sprawę Papały, o której coś wiedział i której wyraźnie się obawiał, być może o coś zupełnie innego. Nie wiem, dlaczego "był zadaniowany” akurat na mnie. Czy chodziło o to, że znałem kilku członków Komisji Weryfikacyjnej WSI i w oczach ludzi WSI, ABW oraz prokuratury miałem być niezbędnym łącznikiem pomocnym do jej zniszczenia, a wraz z nią idei IV RP? Na to zdają się wskazywać słowo prokuratora Michalskiego, który jasno sugerował, że interesuje go wszystko, co dotyczy Komisji i tylko przekazanie wiedzy z tego zakresu może stanowić dla mnie okoliczność łagodzącą. A może chodziło o zemstę lub o to, że sprawa wyjaśniania wszystkich okoliczności zabójstwa Księdza Jerzego Popiełuszki nabrała tempa, do czego z jednej strony przyczyniło się moje zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez funkcjonariuszy WSI, z drugiej mój proces z Waldemarem Chrostowskim, który ten ostatni przegrywa (świadkowie potwierdzają, że kierowca księdza Jerzego był związany z SB), z trzeciej finalizowanie rozmów z Telewizją Publiczną, która na podstawie mojej książki pt. "Kto naprawdę Go zabił?” planowała nakręcić dziesięcioodcinkowy serial dokumentalny poświęcony tej sprawie. Z dyrektorem Agencji Filmowej TVP i prezesem Andrzejem Urbańskim mieliśmy podpisać umowę w tej sprawie w pierwszej połowie sierpnia, (Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy przekazało już TVP prawa do produkcji, reżyserią mieli się zająć Mariusz Malec i Grzegorz Górny). Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem tylko, że w obliczu decyzji sądu o zastosowaniu względem mnie aresztu na czas śledztwa, zapewne wieloletniego śledztwa, nie mam już przeszłości, teraźniejszości ani przyszłości. Zniszczono mnie, moją Bogu ducha winną rodzinę. Teraz, po zatrzymaniu mnie w areszcie może się zacząć spektakl medialny. Raz na jakiś czas być może zostanie wypuszczona informacja o "postępach w śledztwie” - i tak do wyborów, prezydenckich i parlamentarnych (w ABW jest nieformalna dyrektywa, by sprawę spowalniać). Za kilka lat nikt może nie pamiętać o mnie i mojej rodzinie, która w międzyczasie może zostać zamęczona atmosferą nagonki i zlicytowana. Wszystko, co mamy, oparte jest o kredyty i leasingi, a ja jestem jedynym źródłem utrzymania dla niepracującej żony i trójki córeczek.

Popełniałem błędy, ale nigdy nie popełniłem przestępstwa.

Wojciech Sumliński
http://www.dziennik.pl/wy...specsluzby.html